2017-10-11

0168. Katsugeki/Touken Ranbu, czyli letniego podsumowania cz.I

Katsugeki/Touken Ranbu

Data premiery: 01.07.17
Czas trwania: 13 x ok. 24 min
Gatunek: Akcja, Fantasy, Samuraje, Historyczne
Studio: ufotable
Bazuje na: Gra karciana

~Opis fabuły~
Nigdy nie wiadomo jak będzie wyglądała teraźniejszość, jeśli pewien punkt w przeszłości ulegnie zmianie, a jednak Historyczni Rewizjoniści wciąż dokładają wszelkich starań, aby wywrócić znaną nam obecnie historię do góry nogami. W celu zapobiegnięcia najgorszemu i przeciwstawieniu się wrogowi, kapłan zwany Saniwa wysyła z przyszłości ostrza o ludzkiej postaci. Izuminokami Kanesada i Horikawa Kunihiro niegdyś służyli temu samemu panu, a teraz podróżują w czasie i razem z innymi towarzyszami z Cytadeli walczą w ochronie przebiegu historii...


~Recenzja~
Katsugeki/Touken Ranbu to jedno z pierwszych anime zaproponowanych nam przez tegoroczny letni sezon, a w moim przypadku też i pierwsze, które w pełnej liczbie wyemitowanych epizodów opuściło moją niewielką listę. Z początku brałam ten tytuł trochę z przymrużeniem oka, bo w głębi duszy coś czułam, że będziemy mieli powtórkę z ufotablowego Tales of Zestiria the X, które w dużej mierze bazowało na swojej świetnej oprawie technicznej, a swoją fabułą niestety nie zdołało mnie do siebie przekonać tak, jakbym tego faktycznie chciała. Myślałam: "ot takie sobie mocno epizodyczne ale przepięknie wyglądające anime z bishami". I wiecie co? Nigdy bym nie sądziła, że aż tak mnie wciągnie! Biorąc pod uwagę jak krytyczna i niechętna do większości serii się w tym sezonie okazałam, Katsugeki/Touken Ranbu zdaje się być tym jednym szczęśliwcem, któremu "po prostu się udało". I faktycznie trochę w tym prawdy jest, bo ciężko będzie mi Was do oglądania przekonywać, kiedy ta produkcja wcale nie zasługuje na ogromne pochwały pod względem swojej historii czy bohaterów. No ale po kolei ;) Zapraszam wszystkich na pierwszą recenzję z letniego podsumowania 2017!


Prawdopodobnie nie będzie to już żadna wielka niespodzianka, bo wydaje mi się, że już kiedyś o tym wspominałam, ale tematyka samurajów jest jedną z moich ulubionych. W sumie można by powiedzieć, że tę sympatię odziedziczyłam trochę po moim tacie, bo od kiedy pamiętam oglądałam z nim wszelkie filmy w TV, a teraz to ja jestem tą, która może mu coś od czasu do czasu polecić ;) Tak czy inaczej zdecydowanie miało to jakiś wpływ na mój odbiór Katsugeki/Touken Ranbu, zwłaszcza że tutaj wyglądają oni naprawdę pięknie, z całą szczegółowością swoich projektów i ogólnie oprawą graficzną. Skoro są samurajowie, to i dawne czasy Japonii - kolejny element mnie interesujący ze względu na wartości kulturowe. Wiecie też natomiast, że uwielbiam oglądać anime historyczne i przy tym temacie warto zatrzymać się na chwilę dłużej. Katsugeki/Touken Ranbu nie jest anime, a przynajmniej na takie nie wygląda, którego celem wiodącym jest właśnie pokazanie przeszłości. Nie będzie to seria, którą tak po prostu moglibyśmy wrzucić do jednego worka z Nobunaga Concerto czy Sengoku Musou, pomimo iż nie można jej w 100% odmówić tego gatunku. Nawet jeśli, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, dostaliśmy pewną dawkę autentycznych nazwisk czy wzmianek o wydarzeniach, fabuła nie opowiadała o historii (mogłaby, bo miała na to wiele okazji, ale zdecydowanie trzeba by było wydłużyć liczbę odcinków o kolejny cour co najmniej) - ona skupiała się bardziej na temacie zmiany przeszłości i konsekwencji tego w przyszłości. Spotkałam się z komentarzami zarzucającymi tej serii, że motyw podróży w czasie i tego całego konfliktu nie został tutaj zbyt dobrze pokazany. Nie trudno się z tym w pełni nie zgodzić, bo faktycznie zabrakło tu odrobiny, że tak to ujmę, utrudnienia. Każda misja przedstawiona w anime dotyczy ochrony historii i "problem" tego tytułu leży w tym, że twórcy poszli raczej po najmniejszej i dość bezpiecznej linii oporu. Może wynika to z faktu, że obracają się w okół prawdziwych wydarzeń i nie chcą w pewnym momencie wkroczyć na pole pewnych kontrowersji, wynikających z pokazania ich wyobrażeń odnośnie totalnych zmian w przyszłości na skutek wielkiego niepowodzenia bohaterów, aczkolwiek faktycznie czuć pewien niedosyt. Nie jest też jednak tak, że dostaliśmy tutaj anime o perfekcyjnych i nie popełniających żadnych błędów przystojniakach, bo każde zadanie bohaterów napotykało jakieś mniejsze lub większe problemy. Faktycznie można się przyczepić do tego, że widząc dość poważne odchylenie w historii i słysząc później "wszystko jest ok, nic się nie zmieniło", te całe zainteresowanie a nawet presja, którą ja osobiście czułam podczas ich działań, zamieniała się w pewne rozczarowanie. Cieszy mnie natomiast fakt, że i tak zaproponowano nam pewne niespodziewane skutki, a tym bardziej finał okazał się pod tym względem całkiem zaskakujący. Mogę się więc zgodzić ze stwierdzeniem, że motyw ten nie został pokazany najlepiej, ale zdecydowanie NIE ZOSTAŁ TEŻ POKAZANY NAJGORZEJ, a po prostu zabrakło rozwinięcia. Sama seria natomiast nie jest epizodyczna, co mnie ogromnie ucieszyło, bo wiecie jak nienawidzę epizodyczności ;) Mamy tutaj co prawda do czynienia z kilkoma różnymi wątkami/misjami, natomiast są one między sobą połączone i krok po kroku kierują nas do zakończenia. Połączenie to zachodzi bardziej w tych wewnętrznych kwestiach, bo choć jest to anime akcji, porusza ono w bardzo dużym stopniu też temat indywidualnych uczuć bohaterów. Dość słabe chwycenie gatunku historycznego mogę jeszcze wybaczyć, ale bardzo szkoda by mi było, gdyby twórcy nie zawarli w swojej fabule bardzo ciekawego wątku spotkania mieczy ze swoimi dawnymi właścicielami (czyli to co miałam na myśli przez uczucia bohaterów). Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele, bo mimo wszystko wierzę że niektórych tą recenzją do obejrzenie zachęcę, ale całe szczęście o tym nie zapomniano, a nawet cieszyło moje oko przez kilka dobrych odcinków.


Po zobaczeniu Katsugeki/Touken Ranbu dopiero zobaczyłam sens oglądania Touken Ranbu: Hanamaru, które było anime sielankowym "od drugiej strony" o masie postaci, których w ogóle nie znałam. Choć główna para różni się od tej przedstawionej w Katsugeki, teraz przynajmniej mam pewne pojęcie o niektórych z nich, a że bardzo ich polubiłam, nie miałabym przeciwko zobaczeniu ich ponownie w spokojniejszej wersji (ale nie będę ukrywać - już bardziej czekam na film, który został ogłoszony w ostatnim odcinku). Tak czy inaczej bohaterowie są sympatyczni, nawet jeżeli nie odznaczają się oryginalnymi charakterami czy niewidzianymi wcześniej zachowaniami. To co działa na ich plus to właśnie te wewnętrzne aspekty fabuły, dzięki którym stali się oni dla widza czymś więcej, niż tylko kolejnym typem takiej a nie innej postaci. Oczywiście skupiono się głównie na Kanesadzie i Kunihiro (+ Mutsunokamim), więc nie oczekiwałabym więcej od reszty, ale dziękujmy za każdą nieco lepiej rozwiniętą osobowość (nie wiem jak to do końca wygląda przy Hanamaru, dlatego jeśli macie co do tego jakieś informacje, dajcie znać w komentarzu ;)) ;) Wielka szkoda natomiast, że twórcy w ogóle nie przybliżyli nam tematu Rewizjonistów, bo nawet pod względem fabularnym przydałoby się pewne wytłumaczenie co do ich motywów czy w ogóle czegokolwiek. Swoją drogą też bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej o Saniwie, bo przecież to on kieruje całym przenoszeniem w czasie i rozdawaniem misji, ale jak już wspominałam - brak ogólnego rozwinięcia, a przede wszystkim brak czasu na więcej nie pozwolił. Na koniec zostały nam już tylko formalności - kwestie techniczne. Nad grafiką nie ma co się wiele rozwodzić, no chyba że w tym pozytywnym wyrazie, bo jest to anime bardzo widowiskowe, przepięknie dopieszczone w każdym swoim elemencie i cieszące tym oko przez cały czas, bez żadnych spadków w jakości. Ufotable znowu się postarało, po prostu ;) Soundtrack tymczasem w ogóle nie odstępował mu kroku, świetnie dopełniał sceny, jednocześnie nie będąc ani trochę przesadzonym. Zdecydowanie mój gust muzyczny, jeśli o OSTy chodzi, i pośród wszystkich krótkich tytułów z tego sezonu, na pewno był on moim ulubionym. Również openingi i endingi ładnie wpasowały się w całość. Nie były to co prawda utwory warte nie wiadomo jakich pochwał, ale słuchało się ich naprawdę przyjemnie. Początki odcinków zdobił kawałek w wykonaniu Saito Somy, "Hikari Tatsu Ame", końce natomiast utwór Kalafiny (a dla mnie Kalafina to wybór zawsze jak najbardziej trafiony), "Hyakka Ryouran".


~Podsumowanie~
Katsugeki/Touken Ranbu ma swoje mocne i słabe strony, aczkolwiek serię tę oglądało mi się bardzo przyjemnie, naprawdę wciągnęłam się w fabułę i rozterki, z którymi bohaterowie musieli się w niej zmierzyć. Od początku nie spodziewałam się wiele, dlatego odnosząc się do faktu, iż podejście do czegoś ma duże znaczenie na nasze końcowe odczucia, miło zaskoczyłam się widząc produkcję, która pomimo świetnej grafiki miała mi do zaoferowania też całkiem niezłą historię. Bez większych fajerwerków i fabuły, którą każdy musi po prostu zobaczyć, ale gdyby tylko postarano się o nieco większe rozwinięcie niektórych wątków i próbę lepszego ugryzienia nie tak prostego tematu podróży w czasie, byłaby to produkcja naprawdę dobra. Polecam dać szansę.

Fabuła: 3/5
Bohaterowie: 2,5/5
Grafika: 5/5
Muzyka: 5/5
Ocena ogólna: 3,75/5

Ocena końcowa: 7,7/10
A Wy co sądzicie o Katsugeki/Touken Ranbu?


Pozdrawiam
Kusonoki Akane

1 komentarz:

  1. chce kiedyś sięgnąć po Touken Ranbu w jakiejkolwiek formie, ale myślę, ze potrzebne mi jakieś dłuższe wolne ;)

    OdpowiedzUsuń